
Od dobrych kilku lat ferie zimowe nie witały nas pogodą adekwatną do swojej nazwy. Tym razem jednak mamy mocne zapewnienia, że niskie temperatury, a przede wszystkim biały puch, dotrzymają nam towarzystwa jeszcze przez dłuższy czas. Trzeba to wykorzystać! Stąd jak najbardziej uzasadnione pytanie: gdzie na łyżwy, a gdzie na sanki?
Dziś do dyspozycji mamy oficjalne lodowisko przy Szkole Podstawowej nr 3. A jak to wyglądało dawniej?
Jeszcze w latach 70. całkiem niezłe lodowisko wylewano na położonym przy stadionie boisku asfaltowym. Zdarzało się nawet, że pojawiały się tam bandy hokejowe. Jednak wraz z planami budowy wiaduktu konieczne było pomniejszenie boiska, a w konsekwencji zarzucono tradycję łyżwiarską przy stadionie.
Nie oznaczało to jednak końca zimowych zabaw na łyżwach w mieście. Chodzono wszędzie tam, gdzie jesienią tworzyły się mniejsze lub większe naturalne wylewiska, które nie zdążyły ustąpić przed nadejściem mrozów. Przez kilka lat woda podnosiła się tuż za boiskiem Szkoły Podstawowej nr 2. Gromadziły się tam tłumy łyżwiarzy – nie tylko z pobliskich osiedli.
Niestety, szczęście nie trwało długo. Ponieważ woda potrafiła zalewać jesienią także boisko szkolne, zdecydowano się na budowę istniejącego do dziś mini zbiornika retencyjnego, zwanego przez mieszkańców “basenem strażackim”. Gdy zamarzał, część bardziej odważnych zapuszczała się tam na łyżwy. Nie było to jednak to samo – powierzchnia lodu była znacznie mniejsza.
Czasami wybierano się również na tzw. rozlewiska Raduni, czyli łąkę położoną nieopodal miejsca, gdzie nurt rzeki dzieli się na kanał i główne koryto. Starsi Pruszczanie doskonale pamiętają znajdujące się w pobliżu dzikie kąpielisko “mała skarpa”. Z czasem jednak i tam woda przestała wylewać się jesienią, co oznaczało brak naturalnego lodowiska zimą.
Niektórzy być może pamiętają także, że przy tzw. “blokach stoczniowych” przy ul. Obrońców Pokoju wylewano niewielkie lodowisko na przyblokowym parkingu. Samochodów w latach 70. było niewiele, a ich kierowcy nie podnosili sprzeciwu. Przy tej okazji pojawia się pytanie i prośba: autorom mniej znana jest historia ślizgawek po wschodniej stronie miasta. Chętnie poszerzymy naszą wiedzę dzięki Państwa komentarzom.
Łyżwy to jednak nie wszystko – znacznie więcej dzieci korzystało z sanek. Tu do dziś widoczny jest pewien podział Pruszcza. Strona “za torami”, ze względu na swój żuławski, płaski charakter, miała pod tym względem znacznie gorzej. Pagórkowaty Pruszcz oferował natomiast niezliczone możliwości saneczkarskie. Oprócz licznych górek i pagórków wykorzystywano także bardziej strome drogi, a nawet całe ulice.
Ruch kołowy w mieście, zwłaszcza na osiedlowych ulicach, był kilkadziesiąt lat temu minimalny, by nie powiedzieć – żaden. Popularny był dość stromy odcinek ul. Ogrodowej, między wejściem na działki a ul. Wojska Polskiego. Na dole zawsze ktoś stał na czatach i ostrzegał przed nadjeżdżającym samochodem. Jeśli droga była wolna, najszybsi hamowali dopiero na murze kościoła.
Za najfajniejszą trasę uchodził jednak opadający teren łąki za cmentarzem, czyli w dół od dzisiejszej ul. Chabrowej. Nachylenie było poważne, dlatego trzeba było uważać, by wyhamować jeszcze przed brzegiem Raduni. Można więc odnieść wrażenie, że okolice “małej skarpy” stanowiły nie tylko dzikie kąpielisko, lecz także swoiste pruszczańskie centrum sportów zimowych lat 60. i 70.


