
Spoglądając z codziennym niepokojem na przejezdność trójmiejskiej obwodnicy i słuchając radiowych komunikatów drogowych, nietrudno zauważyć, że słowo „trudności” pojawia się wyjątkowo często. Towarzyszy ono tej inwestycji właściwie od samego początku jej historii.
W grudniu 1971 (!) roku w „Dzienniku Bałtyckim” ukazał się artykuł zatytułowany „Trudny początek obwodnicy”. Stanowi on swoistą dokumentację ówczesnej świadomości konieczności „odkorkowania” głównej osi komunikacyjnej Trójmiasta. Z jego treści wynika, że sam pomysł nie był nowy, a plany od początku były ambitne – zakładano budowę czteropasmowej trasy na całej długości. Ponadto trzy skrzyżowania miały być dwupoziomowe, a więc w zasadzie bezkolizyjne. Dotyczyło to węzłów w Straszynie, Karczemkach i Małym Kacku. Rozwiązania te miały umożliwić bezpieczny przejazd pojazdów z prędkością do 100 km/h. Zapowiadano również, że inwestycja realizowana będzie etapami. Pierwszy odcinek – od Pruszcza do Karczemek – o długości 16,5 km miał zostać ukończony do 1975 roku.
Już na samym początku nastąpił jednak „zimny prysznic”. Zasłaniając się brakiem odpowiednich funduszy ogłoszono, że budowa czteropasmowej trasy jest nierealna. Autorzy artykułu wyrażali także obawy co do sensowności budowy dwóch pasów ruchu z późniejszym ich poszerzaniem o dwa następne. Trudności wokół obwodnicy piętrzyły się więc od samego początku, już na etapie planowania. Nikt wówczas nie mógł sobie wyobrazić, że Polska stanie się krajem niekomunistycznym, a samochód przestanie być dobrem luksusowym, stając się nieodzownym elementem codziennego życia.
Jak wiemy, pod koniec lat 70. obwodnica została oddana do użytku. Przez wiele lat spełniała swoje zadanie, głównie z uwagi na stosunkowo niewielki ruch samochodowy. Z czasem, szczególnie od początku lat 90., liczba pojazdów zaczęła rosnąć w postępie geometrycznym. Naturalną konsekwencją był coraz bardziej wzmożony ruch – nie tylko na ulicach Pruszcza, lecz także na samej obwodnicy. Konieczne stało się więc dostosowanie całego odcinka do ruchu czteropasmowego.
Na początku obecnego stulecia dobudowano dwa pasy na ostatnim fragmencie trasy, to znaczy od Straszyna do Rusocina. Ale i to jednak bardzo szybko okazało się niewystarczające. W efekcie niezbędne stało się wprowadzanie kolejnych rozwiązań zdolnych „wchłonąć” rosnące masy pojazdów. Nie tylko węzeł południowy, lecz także uzupełnienie układu komunikacyjnego o węzeł przy ul. Strzeleckiego stały się absolutną koniecznością. Wystarczy uświadomić sobie, że w samym Pruszczu zarejestrowanych jest dziś więcej pojazdów niż zameldowanych mieszkańców!!!
Oczywiste jest, że prace drogowe przez dłuższy czas stanowią zmorę dla wszystkich zmotoryzowanych. Ale pamiętajmy też, że te dwie inwestycje są już na ostatniej prostej. Jeśli dodatkowo uda się przekonać tych, którzy nie muszą dojeżdżać do miejsca pracy własnym samochodem, aby przesiedli się na transport publiczny, można liczyć na ustabilizowanie sytuacji komunikacyjnej na kolejne dekady.




