
W latach 60. życie towarzyskie skupiało się głównie na domowych imprezach. Sam Pruszcz również nie miał w tym czasie nic szczególnie atrakcyjnego do zaoferowania. Funkcje gastronomiczne pełniły przede wszystkim restauracje „Centralna”, mieszcząca się w nieistniejącym już budynku na rogu ulic Grunwaldzkiej i Chopina, oraz „Zacisze” za torami. Nie cieszyły się one dobrą sławą, a konsumpcja ograniczała się głównie do alkoholu. Szczególnie w „Centralnej” grono stałych bywalców, spędzających tam po pracy dodatkowe nadgodziny, tworzyło swoisty klimat tej instytucji. Starsi taksówkarze, stojący na pobliskim postoju, często odmawiali odwożenia ich do domów.
Brak lokalu gastronomicznego na przyzwoitym poziomie zaczęli z czasem odczuwać także odpowiedzialni za życie codzienne włodarze Pruszcza. Mniej więcej w połowie lat 60. postanowiono zbudować nową restaurację, która miała spełniać rosnące oczekiwania mieszkańców. I tak przy ulicy Wojska Polskiego rozpoczęto budowę obiektu o niebanalnej, jak na miasto tej wielkości, architekturze. Na dwóch kondygnacjach urządzono: na dole, w większym okręgu, salę restauracyjną, a w mniejszym okręgu na górze – kawiarnię z okalającym salę tarasem oraz szafą grającą, będącą wówczas niemałą atrakcją. Budynek wieńczyły modne w tamtych czasach, dziś niestety niemal zapomniane neony. „Rotunda” pozostaje do dziś jednym z najciekawszych architektonicznie obiektów Pruszcza, jeśli nie najciekawszym.
Koncepcja wybudowania restauracji właśnie w tym miejscu wiązała się z planem stworzenia centralnego placu miasta przed siedzibą urzędu powiatu. Rotunda miała zamykać jego południową pierzeję. Konieczne było jednak wyburzenie starego budynku mieszkalnego, pochodzącego jeszcze z początków XIX wieku. Był on, podobnie jak dwa sąsiednie budynki, w tak złym stanie, że rozbiórka nie wywołała większych protestów mieszkańców.
Lokal był zarządzany, jak większość tego rodzaju przybytków tamtych czasów, przez PSS „Społem”. Ówczesny kierownik spółdzielni, Zdzisław Kruszyński, miał wobec nowej restauracji ambitniejsze plany niż tylko zapewnienie odpowiedniej gastronomii. Postanowił zawalczyć o to, by odbywały się tu również dancingi, stanowiące uzupełnienie oferty MDK-u, skierowane jednak do dojrzalszej publiczności.
Pewien problem stanowiło zapewnienie stałego zespołu muzycznego, który gwarantowałby, że dancingi będą odbywać się co najmniej raz w tygodniu. Gdańscy muzycy nie byli jednak skłonni złożyć takiej deklaracji. Kierownik PSS zaczął więc szukać na własną rękę, licząc na to, że znajdzie odpowiednich muzyków bliżej. Poszukiwania szybko przyniosły efekt. Jego dalszy znajomy, Felicjan Sokołowski, sam grywający na perkusji, pracował w PSTBR razem ze znanym już z wcześniejszych występów w MDK-u Mirosławem Kozłowem, który od pewnego czasu mieszkał już w Pruszczu. Kozłow szybko skompletował muzyków, głównie tych, którzy wcześniej grali w MDK-u oraz gdańskich klubach studenckich i – co ważne – znali pruszczański klimat.
Nie obyło się jednak bez trudności – restauracja nie dysponowała żadnym sprzętem muzycznym, a niezbędne było pianino. Po odejściu muzyków do „Rotundy” trudno było liczyć na pomoc MDK-u. Wsparcie przyszło ze strony mieszkańców: pianino użyczyła ówczesna kierowniczka kina „Krakus”, u której instrument stał nieużywany.
1 maja 1967 roku miało miejsce otwarcie „Rotundy”, oczywiście dancingiem. W pierwszym zespole, który przez następne dwa sezony grał podczas imprez tanecznych, występowali: Felicjan Sokołowski (perkusja), Mirosław Kozłow (gitara, kontrabas), Marek Stawski (saksofon, klarnet) oraz Zdzisław Kochanek (pianino). Dancingi odbywały się raz w tygodniu, a często grano także w niedziele.

Fot. Stanisław Wyrembak
Bardzo ważną funkcję pełniła kierowniczka bufetu, Barbara Nowacka. Dbała ona przede wszystkim o to, by do „Rotundy” nie przeniknął niesławny klimat restauracji „Centralna”. Nieraz bardziej „spragnieni” klienci byli wypraszani z sali. Ci zaś, nie chcąc jeszcze wracać do domu, spożywali alkohol nad osłoniętym gęstymi krzakami brzegiem kanału Raduni. Ku uciesze obeznanych z rytmem męskich rozrywek chłopców, którzy w ramach swoistych, nieświadomych działań proekologicznych odnosili później puste butelki do skupu.
Na wiele lat ukształtował się w mieście zdrowy podział ról: MDK funkcjonował jako miejsce potańcówek, później dyskotek i koncertów muzycznych, natomiast „Rotunda” jako elegancka restauracja z weekendowymi wieczorami tanecznymi. Można nawet stwierdzić, że dla wielu par z Pruszcza i okolic potańcówki w MDK-u były początkiem ich związku, a dancingi w „Rotundzie” – jego naturalną kontynuacją.
W okresie świąt Bożego Narodzenia ustawiano w sali pokaźną choinkę, która stanowiła tło kilku imprez mikołajkowych organizowanych dla dzieci z większych pruszczańskich zakładów pracy.
Nie można też zapominać, że „Rotunda” była przede wszystkim restauracją. Początkowo należała do III kategorii, a później awansowała nawet do II kategorii. W dobrym tonie było wybrać się tam na tzw. niedzielny rodzinny obiad. Nie były to jednak wizyty częste, gdyż dla wielu Pruszczan oznaczały znaczące nadszarpnięcie domowego budżetu.
Zdjęcia: Stanisław Wyrembak



